Dozór
Człowiekowi kierującemu tymi wszystkimi podłościami nie można, jak twierdzą, odmówić inteli; gencji, tak bardzo jednak pragnie się przypodobać rzą^l dowi francuskiemu, że stara się popisać swoją nikczem nością i to w sposób możliwie najbardziej ostentacyjny. Ten zapowiedziany dozór był równie sprytnie wykony\' wany, jak pomyślany: kapral albo urzędnik, albo oba[ razem, paląc fajkę przychodzili obejrzeć moją karetę a kiedy obeszli ją dokoła, odchodzili nie racząc nawe powiedzieć mi, czy jest w należytym stanie — wtedy byliby się przynajmniej na coś przydali. Jechałam powoli, by doczekać się paszportu rosyj¬skiego, jedynego mojego zbawienia w tych warunkach. Któregoś ranka zboczyłam z drogi, chcąc zobaczyć zrujnowany zamek — własność księżny marszałkowej. Aby do niego dotrzeć, jechałam drogami, o których nikt, kto w Polsce nie podróżował, nie może mieć poję¬cia. Pośrodku jakby pustyni, przez którą jechałam sama z synem, jakiś mężczyzna na koniu pozdrowił mnie po francusku. Chciałam mu odpowiedzieć — był już daleko. Nie mogę wyrazić, jakie wrażenie w tej ciężkiej chwili wywarł na mnie ów drogi język! Ach, gdyby Francuzi stali się wolni, jakżeby ich kochano! Oni pierwsi gardziliby swymi obecnymi sprzymierzeń¬cami. Wysiadłam z karety na podwórzu zamku walą¬cego się w gruzy. Stróż, jego żona i dzieci wyszli na moje spotkanie i podjęli mnie za kolana. Korzystając z pośrednictwa kiepskiego tłumacza powiedziałam im, że jestem znajomą księżny marszałkowej.
| |